poniedziałek, 6 listopada 2023

Moje boje na Grand Melee Poland 2023

 

Kilka tygodni intensywnych przygotowań i tylko dwa dni zabawy. Czy było warto zapytacie. Było i to bardzo. Tylko cicho, bo już się cały lękam i drżę w środku niczym osika na wietrze, gdy pomyślę o tym co będzie jak komtur elbląski Herman von Oppen się dowie. A nie od dzisiaj wiadomym jest, że gdy się zezłości to strasznie kablem od żelazka naparza.  Z drugiej zaś strony niech to sobie sami wyjaśniają z dzielnym Tęgodorykiem w swoim figurkowym świecie. Teraz zaś skupmy się na rzeczach istotnych.

GMP Goci


Właśnie siedzę w pociągu wracając z warszawskiego Grand Melee Poland i wciąż wewnętrznie przeżywam te ostatnie dwa dni. Było intensywnie, było sagowo, było super. Połączenie er antycznych w jedną dywizję, podobnie jak zespolenie ery inwazji z erą wikingów dodało lekki powiew świeżości i koniec końców wyszło turniejowi na dobre. Nawet dosyć kontrowersyjna decyzja o wyrzuceniu (napiszę od razu, bo jak go znam, to komtur się uprze i karze to dopisać) najważniejszej ery krucjat, nie zaburzyło zbytnio przebiegu rozgrywek. Tym bardziej, że i tak pojawiały się na turnieju bordy z tej zacnej ery. No dobra. Na podsumowania jeszcze przyjdzie czas w tym wpisie i jak to z podsumowaniami zazwyczaj bywa, będą one na samiutkim końcu. Teraz zaś słów kilka o  moich turniejowych zmaganiach.

Tęgowoj
Tęgowoj z Tęgodorykiem


Grałem armią Gotów pod wodzą samego Tęgodoryka Wielkiego, króla gockiego, co jak to każdy Got, zawsze jest gotów bo boju i rozwałki. Niektórzy mówią, że oni to wypijają z mlekiem matki, Inni zaś zaprzeczają, iż nikt nigdy nie widział żadnej gockiej matki więc skąd niby to mleko. Jeszcze inni mówią, że mają to we krwi, choć poza erytrocytami, leukocytami, trombocytami i etanolem, nikt nigdy niczego tam nie znalazł. Nauka natomiast na ten temat zawzięcie milczy, podczas gdy spór o to trwa w najlepsze. Tak czy siak, Got do rozwałki zawsze gotowy. Podobnie było i tym razem. Muszę tu przyznać, iż moja bytność na GMP, z przyczyn różnorakich, była pod wielkim znakiem zapytania. Tak naprawdę to tylko przez żałośnie dobiegające ze skrzyneczki na figurki, jęki i zawodzenia Tęgodoryka, by mimo wszystko jechać na GMP, ostatecznie udało mi się poodpinać wszystkie sprawy i wyruszyć na wyprawę. Czego oto człowiek nie zrobi dla figurek. No ale powróćmy do tematu. Armie swoją Tegodoryk uszykował w sposób następujący.  Dwa i pół punktu przybocznych podzielił na dwie piątki. Z założenia jedna piątka to byli konni katafrakci, a druga maszerowała na piechotę. Do tego dołączyło półtora punktu wojowników oraz jeden punkt pospólstwa. A, że o wiele rzeczy można Tegodoryka posądzić,  ale nie o skąpstwo. Do armii dołączyli jako najemnicy, legioniści dezerterzy wraz ze sporych rozmiarów psią sforą.  Tak skomponowana armia wyglądała groźnie i imponująco, jak się miało później okazać głównie na papierze.

Goci



Bitwa pierwsza: Ruś pogańska
Scenariusz: Take and Hold

Scenariusz polegający na zdobywaniu kontroli nad znacznikami. Obie armie wystawiły się dosyć agresywnie gotowe utopić wroga w jego własnej krwi. Ja w centrum postawiłem oddział dezerterów,  który jako dobry bloker, miał wytrzymać ewentualne szarże przeciwnika, plus eliminować lub zadawać dodatkowe straty z darmowej aktywacji do strzału. Obok stanęli wojownicy z banerem i przyboczni na piechotę. Po przeciwnej flance stanęła druga piątka przybocznych konno. Pospólstwo z łukami wystawiłem w dwóch oddziałach na tyłach jako generatory kości, bo tych u gotów zawsze brak, a wiadomo, że z Rusią to się nie postrzela. Rusin wystawili bardzo silny oddział przybocznych w centrum wspierany wojownikami z lewej i prawej strony. Zaczynałem ja. Po turze ostrzału (poległo dwóch przybocznych) i korekcyjnych ruchach czekałem z przygotowanym bordem na atak dużego oddziału przybocznych Rusinów. Tak zwany death star uderzył w trzymających linię dezerterów. Ci zwarli szeregi i jakimś cudem udało im się wytrzymać ten atak. No nie było tak różowo. Oj nie. Pięciu z dzielnie walczącej ósemki padło pod siłą wrażych ciosów przeciwnika. Pozostała trójka wycofała się robiąc miejsce wojownikom, by w swojej turze mogli krwawo wykorzystać ich ofiarę. Nadeszła moja tura i decydujący moment bitwy. Miałem oto w zasięgu wszystkiego zmęczony (dwa znaczniki) oddział wrogich przybocznych. Ustawiłem bord i do ataku. Zaatakowali wojownicy generując 20 kości ataku plus dwa autohity. Trafiałem na czwórkach i udało mi się ranić tylko pięć razy. Poczułem się oszukany, gdyż podobno pomalowane figurki walczą o wiele lepiej. Albo to zwykły zabobon i przesąd, który białym żelazem winien być wypalony, albo moi goccy wojownicy to lenie i nicponie. Tak czy siak było już po bitwie. Ruś jak to Ruś, pożonglowała pancerzem, za każdym razem generując wiadro kości ataku i obrony i sukcesywnie wycinała moje oddziały. Wszystko skończyło się 29 do 15 dla Rusinów.

bitwa 1


Bitwa druga: Normanowie
Scenariusz: Sacred Ground

Mój pierwszy mecz z węgierskim przeciwnikiem. Było bardzo wesoło i przyjemnie, a wszelkie zawiłości językowe wyjaśnialiśmy uśmiechami i metodą pt. „patrz mi na usta”. A serio to bardzo fajna, pełna serdeczności, wzajemnych podpowiadań i niesamowitych zwrotów akcji bitwa, którą zapamiętam na długo. Normanowie stawili się licznie i oprócz dwóch konnych oddziałów przybocznych wspieranych jednym oddziałem konnych wojowników z oszczepami, wystawili trzy piesze oddziały. Jednych wojowników z kuszami, jednych wojowników bez opcji uzbrojenia i plebs z łukami. Konni przyboczni stanęli po obu flankach, środek obstawiali konni wojownicy. Całość sił piechoty, mój oponent, postawił na mojej prawej flance (tam był mój teren który miałem ochraniać). Ja zaś wystawiłem się defensywnie. Pieszych przybocznych ustawiłem w ruinach na prawej flance. Obok stanęło pospólstwo z łukami. Po ich lewej stronie swoje miejsce znaleźli wojownicy, kawałek dalej stanął oddział katafraktow. Najemnicy otrzymali rozkaz utrzymania lasu znajdującego się na mojej lewej flance. Ponadto swoimi strzałami mieli ochraniać moje wojska i nie dopuścić do ich przeskrzydlenia. Podobnie jak w pierwszej bitwie, tak i tu, na dzień dobry, otrzymałem szarżę czwórki normandzkich przybocznych. Udało mi się ją wytrzymać i w mojej turze zaatakowałem Normanów swoja dwunastką wojowników. A że historia lubi się powtarzać…. Nie! Stop. Jakie powtarzać. W pierwszej bitwie udało mi się w bliźniaczej sytuacji wbić pięć ran. Tym razem raniąc od czwórki nie udało mi się zranić ani razu. O ja zedrę z was te farbki tępym scyzorykiem- pomyślałem, odbierając podziękowania i uściski dłoni od przeciwnika. Jeszcze jeden taki numer i idziecie do figurkowego karceru. Na szczęście nie był to taki game breaker jak w grze poprzedniej.


normanowie
Przyboczni wroga chwilę przed szarżą wojowników


od 4
Raniłem od czwórek

wojownicy
Leniwi wojownicy

 Koniec końców udało mi się wyciąć obydwa oddziały przybocznych i mocno poszarpać, a w końcu i zniszczyć konnych wojowników, przejmując tym samym kontrolę nad centralnym punktem mapy. Na mojej prawej flance w tym czasie działy się sceny dantejskie, o których, nikt kto mądry pamiętać by nie chciał. Pomnę tylko, iż trwał zacięty bój o kontrolę nad ruinami, kończący się walką kuszników z moim plebsem. Wszystko to okraszone salwami śmiechu i wybuchami radości. Koniec końców bitwa zakończyła się punktowo 27 do 15 dla Tęgodoryka Wielkiego.

Bitwa trzecia: Hunowie
Scenariusz: Rule The Battlefield

Hunowie


Nigdy nie grałem przeciw temu zwojowi i byłem pełen obaw. Przeciwnik, tym razem ze Szwecji, wystawił się agresywnie. Wszystko konno, nie licząc oddziału uzbrojonego w oszczepy. Wystawiłem się zachowawczo paraliżowany myślą o tym co Hunowie zrobili z Gotami w świecie realnym. Po prawej flance ustawiłem swoich katafraktów osłanianych dezerterami. Łucznicy stanęli w lesie na środku, a po ich lewej stronie ustawili się wojownicy i piesi przyboczni. Grad strzał zasłonił na chwile światło nad stołem, co było niechybnym znakiem, że gra się już rozpoczęła. Pierwsze tury próbowałem odnaleźć się z moim bordem, przeciw tak mobilnej i strzelającej armii jaką są Hunowie. Po tym, jak nękany ciągłym ostrzałem i przyjmowaniem licznych szarż, oddział katafraktów poległ. Przyszedł mi do głowy plan, który nagle odwrócił losy bitwy. Wykorzystując swojego borda udało mi się podejść na tyle blisko wojownikami do konnego dużego oddziału przeciwnika, by móc go zaszarżować. Miałem co prawda zmęczenia, ale jedna z umiejętności gockich aktywuje mnie do szarży, jednocześnie blokując przeciwnikowi wykorzystywanie moich fatyg w fazie ruchu i w walce. Ach jak miło było patrzeć na padających niczym muchy groźnych Hunów. Jak słodko było deptać ich chorągwie i wyrzynać konie. No tych zwierzaków to nawet mi się zrobiło trochę żal, ale Tęgodoryk widząc moją smutną minę, szybko zapewnił mnie, że jest mistrzem w przyrządzaniu koniny, i że nic się nie zmarnuje. Herman von Oppen komtur Elbląski jednak nie jest aż tak pragmatyczny. No ale o czym to ja pisałem….Acha, już wiem. No więc bitwa odmieniła swoje oblicze i to teraz Hunowie uciekali przed moimi wojownikami, w których wstąpił nowy duch walki. O to już nie te same leniwe łajzy z pierwszej i drugiej bitwy. Teraz niesieni falą zwycięstw, rozszarpywali wrogi oddział za oddziałem. Koniec końców, trzymanie scenariuszowych ćwiartek jak i radosna wyżynka na stole, dawały cały czas na remisowe rozwiązanie bitwy. Dopiero zabicie oddziału przybocznych wroga i zablokowanie jego ćwiartki, wysunęło mnie  lekko na prowadzenie. I wtedy okazało się, iż nadmierne obżeranie się koniną w czasie bitwy to rzecz naganna, grzeszna i niezbyt mądra. Na sam koniec, zamotałem się w fazach punktowania za ćwiartki i miast trzymać swoje i blokować przeciwnikowi, ja ruszyłem się by zająć jego ćwiartki. Ruszyłem się, uwalniając tym samym blokady i w ostatnim ruchu oddałem mu 6 (słownie: sześć) punktów za nic. I tak, ze zwycięzcy, po nerwowym liczeniu punktów dowiedziałem się, że zabrakło mi jednego punktu do remisu i zostałem przegranym. Jak to pan Preses naszego klubu KGA Alchemia, w sentencjonalnej wiadomości napisał : „takie przegrane bolą najbardziej”. Coś w tym jest, choć nie miałem czasu się nad tym zastanawiać, bo wciąż odbija mi się koniną.

Dzień drugi
Bitwa czwarta:
Piastowie
Scenariusz: To Break A Shieldwall

No i proszę. Autorska frakcja Wczesnych Piastów stworzona i wciąż dopieszczana przez organizatorów GMP stanęła na drodze Tęgodorykowi wielkiemu. Trudna sprawa, bo chęć na zwycięstwo jest , a bić Piastów nie patriotycznie. No ale skończmy te facecje i przejdźmy do opisu naszych bitewnych zmagań. Piastowie to armia której silnikiem jest bord książąt wschodu z ery krucjat. Znam go dosyć dobrze i w głowie powoli zaczynał mi kiełkować chytry plan. Ustawiłem się standardowo dla mojego sposobu gry. Łucznicy zajęli ruiny na środku zapewniając sobie maksymalne pole rażenia. Po ich prawej stronie stanęli wojownicy z pieszymi przybocznymi. Po stronie lewej znaleźli swoje miejsce katafrakci i oddział dezerterów. Przeciwnik wystawił trzy oddziały pieszego pospólstwa, za nimi schował się w centralnej części Bolesław i jego sześciomodelowa konna drużyna, złożona z samych rębajłów i zabijaków. Czytaj przybocznych. Na swojej lewej flance przeciwnik wystawił ponadto Jarla Sigvaldiego. Na prawej zaś w lesie schowała się szóstka pospólstwa z łukami. Tęgodoryk dał znak do rozpoczęcia bitwy i moi katafrakci wykonali ruch, a zaraz potem z frakcyjnej aktywacji wyszarżowali do oddziału pospólstwa. Ponieważ przeciwnik nie mógł wykorzystywać mojego zmęczenia liczyłem na większe sukcesy tej doborowej gockiej kawalerii. Skończyło się tym, że zabiłem dwóch, tracąc przy tym jednego przybocznego. Widząc tak niekorzystny obrót moich gockich spraw, wycofałem z ostatniej aktywacji swój oddział na moją stronę, wyczerpując go przy tym zupełnie. Przeciwnik podsunął się do mnie podnosząc uprzednio znaczniki i wykonał drobne korekty pozycji Jarla i drużyny. W swojej turze Tęgodoryk postanowił zastosować jedną ze swoich lisio chytrych taktyk. Postanowił wyciągnąć konnych przeciwnika i wyszedł łucznikami z dających im względne schronienie ruin na otwarty teren. Bord ustawił mocno obronnie, zostawiając sobie możliwość strzelania. I to strzelanie okazało się kluczowe. Bowiem wypuszczone salwy z gockich łuków zabiły aż sześciu piastowskich tarczowników. Na tym zakończył turę. Przeciwnik widząc skuteczność mojego niebronionego oddziału łuczników, podsunął się a potem zaszarżował moich dzielnych snajperów. Byłem na to przygotowany i odpaliłem wszystkie możliwe akcje obronne mojej frakcji. 

sztumbr


Koniec końców, gdy opadł kurz i ścichły jęki rannych, dało się zauważyć, iż poległo dwóch moich łuczników, zabierając ze sobą dwóch przybocznych Bolesława. Potem nadeszła moja tura i tu wojownicy podbudowani poprzednimi sukcesami wycięli całą drużynę w pień, nie oszczędzając nikogo. Co prawda kosztowało to ich prawie wyczerpanie ale efekt okazał się być więcej niż zadowalający. Znaczniki, jak i moje tak i przeciwnika pozostały na miejscu, gdyż wszystkie kości potrzebne były do ciężkich walk w centrum stołu. Zostawiłem sobie kilka kości sagi na bordzie wiedząc iż w turze Piastów wojownicy będą wystawieni na kontrszarże przeciwnika. Długo nie musiałem czekać, a że nie tyko Tęgodoryk mógł się pochwalić lisim sprytem okazało się jeszcze szybciej. Bolesław używając jednej z umiejętności frakcyjnych, zamienił mój zmęczony oddział wojowników w najemników, co pozbawiło mnie możliwości korzystania z gockich umiejętności obronnych. Szach mat, przez zęby zawarczał Bolesław i wpadł w moich wojowników z taka furią, że aż pociemniało mi w oczach. A wspomagał go, za sprawą borda, nie kto inny a sam Jarl ze swoimi przybocznymi. Moi wojownicy zwarli szeregi i skupili się na przetrwaniu. Udało się to tylko czterem z nich, bowiem aż ośmiu znalazło swój koniec podczas tej potyczki. I choć smutek wielki zalał serce Tęgodoryka, a dusza wyła targana żalem po stracie tak zacnych wojów, to cieszył się on wielce, iż oddział ten zdołał utrzymać możliwość generowania kości sagi. W mojej turze Bolesław, używając swojej umiejętności próbował się wycofać na bezpieczną odległość, ale mu to skutecznie uniemożliwiłem, tnąc jego ruch żetonem zmęczenia. Następnie korzystając z okazji jaką było przyłapanie Jarla bez odpalonej furii. Zaatakowałem go swoimi pieszymi przybocznymi. Musiałem to zrobić w dwóch ruchach, ponieważ taszczyli oni znacznik, który tak pokochali, iż wszędzie ze sobą zabierali. Nabitych ran starczyło akurat na tyle by dzielny Jarl odrazu z pola bitwy przeniósł się na tęgą bibę u Odyna. Teraz oczy Tęgodoryka zwróciły się w stronę Księcia Bolesława. Wyrok wykonali katafrakci, którzy kilkoma tęgimi bęckami wybili z głowy Bolkowi królowanie i jakieś tam inne do znaczników roszczenia. 

Śmierć Bolesława

Warto napisać, że chwilę wcześniej, ci sami katafrakci wycieli w pień ocalałe z ostrzału resztki tarczowników. Co spowodowało automatyczne podniesienie znacznika.  Tak zakończyła się moja tura. Przyznać muszę, iż postawa wojsk piastowskich srogo mnie zaskoczyła, gdyż plebs widząc stratę wodza i drużyny, miast iść w rozsypkę, przeszedł do ofensywy. W jedną turę wyciął mi pozostałości katafraktów, prawie wykończył oddział pieszych przybocznych i przesunął znacznik w stronę punktowanej strefy. Przyznam, że zrobiło mi się gorąco. Tak jednak zastał nas koniec bitwy i po podliczeniu punktów, okazało się, że wygrałem 27 do 15.

koniec bitwy czwartej




Bitwa piąta: Ruś Pogańska.
Scenariusz: To Settle A Grudge

Teoretycznie nie mieliśmy na siebie trafić, ale liczne perturbacje w paringach sprawiły iż trafiłem do stołu gdzie ciągle używana „długa zima” spowodowała już oszronienie całego stołu. I dobrze bo to była najweselsza i najśmieszniejsza bitwa jaka udało mi się rozegrać na całym GMP. Byłem już zmęczony, podobne oznaki wykazywał mój przeciwnik. Wystarczyło kilka słów i wesołych łypnieć okiem, by każdy z nas podświadomie obrał styl tej potyczki. Jak się miało za chwilę okazać była to jedyna słuszna decyzja. Scenariusz zakładał ostrą wyżynkę, narzucał definiowanie ofiar i mścicieli. Brzmiało to wszystko bardzo groźnie i zmuszało do strategicznego myślenia. Zgodnie z instrukcją wyznaczyliśmy zatem mszczących i ofiary- nie mylić z ofiarami losu. Rozstawiliśmy się, gotując swoje hufce do bitwy. Uścisnęliśmy sobie dłonie i wszystko by pewnie potoczyło się zgodnie ze scenariuszem, gdyby na środku stołu nie wyrósł las. Do dziś kronikarze próbują dociec dlaczego Tęgodorykowi i Wodzowi Rusinów tak na tym lesie zależało. Nie dość, iż zaniedbali inne części pola walki, to co i rusz wysyłali tam nowe siły by w końcu rozstrzygnąć do kogo ten las ma należeć. Właściwie to do końca nikt się nie orientował co się tam działo bo wszystko zasłaniały drzewa. Słychać było tylko jakieś śpiewy i wesołe trzaskanie ognisk. Podobno też smakowicie pachniało pieczonym wurstem czyli kiełbasą bez której Goci, jak to Germanie, nigdzie się nie ruszają. A zwłaszcza do lasu. Rusini jak to Rusini swój towar przynieśli w płynie. Całe szczęście czas bitwy dobiegł końca i ostry głos sędziego zakończył tą rusko-gocką wyżerkę czy też wyżynkę. Podliczyliśmy punkty i wyszło 21 do 15 co dawało nam remis.

GMP 2023

Teraz wreszcie nadszedł czas na podsumowania. Zakończyłem ten turniej na 16 miejscu co uplasowało mnie w połowie stawki. Jak na to, iż  były to jedne z moich pierwszych gier na gockim bordzie, a scenariusze przeczytałem w pociągu do Warszawy to jestem więcej niż zadowolony. Zresztą wynik w tym systemie, od zawsze ma dla mnie drugorzędne znaczenie. Liczą się ludzie i zabawa. A tej nie brakowało w każdej bitwie. Co zaś się tyczy ludzi to wciąż i niezmiennie jestem pod wrażeniem naszej sagowej społeczności. Wszyscy uśmiechnięci i bez żadnych spin i ciśnień, tak częstych w innych systemach. Zawsze chętni do pomocy. To społeczność która potrafi sobie podpowiadać w grze o wysokie stawki. Widziałem sytuacje gdzie jeden gracz pozwolił cofnąć całą sekwencje drugiemu. Widziałem jak przeciwnik przypomina drugiemu graczowi o rozkazach itd. Widziałem również. Ba! Nawet sam miałem okazję przepraszać za popełnione gafy i wykroczenia. To chyba największy dar tego systemu. Ludzie w niego grający. I tą piękną, sentencjonalną myślą zakończę, bo zaraz jeszcze coś bąknę i wszystko się popsuje.  

Acha dla informacji to z pociągu wysiadłem gdzieś w 1/3 opisu pierwszej bitwy. Resztę stukałem z domu. Piszę o tym by nikt nie pomyślał, że tydzień z turnieju wracam. Ech już nie taki Odys ze mnie, choć drzewiej to rożnie bywało.

Tamtaradej.

 

 

czwartek, 28 września 2023

Hajda na Niepołomice -czyli Pola Chwały 2023

 

Było wesoło, było barwnie, było historycznie i było rozrywkowo. Czyli było jak zawsze. Prawie. Bo tym razem było jeszcze deszczowo. Na szczęście to „było” nie pojawia się tam corocznie, a nawet gdy uda mu się zawitać na taką imprezę, to nie jest w stanie jej popsuć.
Było minęło, możemy wreszcie powiedzieć o kolejnych niepołomickich Polach Chwały, ale nie będzie to do końca prawdą.

Było, owszem. Ale czy minęło? Ja wciąż jeszcze rozpamiętuję i rozsmakowuję się w tych mile spędzonych chwilach. Segreguję zdobyte informacje o różnych bitewnych systemach, oraz porządkuję i analizuję doświadczenia z gier. Przeglądam liczne fotografie, raz za razem wracając myślami do tamtego czasu. Cieszę się zawartymi nowymi znajomościami. Jednym słowem nadal trawię tę wspaniałą imprezę. A mniej fizjologicznie, a bardziej poetycko, napiszę tak: Nadal pozostaję pod jej magicznym urokiem.  Wciąż i wciąż, myślami biegnąc do tamtych chwil, a serce wtedy trzepoce…..no dobra, poniosło mnie. Tak czy siak, wciąż jestem pod jej wrażeniem. To chyba jedyna taka impreza, która udanie łączy pokazy rekonstrukcyjne z turniejami gier bitewnych i planszowych. Tylko tam dochodzi do sytuacji, gdzie nad stołem, na którym toczy się zażarta figurkowa walka, pochyla się powstaniec, Rzymianin i żołnierz Wermachtu, wspólnie kibicując którejś ze stron.
Hmm? A może by tak powspominać raz jeszcze. Tylko tym razem wszystko opisać? Spróbujmy zatem.

plakat

To, że znów zawitam na tegorocznych Polach Chwały było pewne od początku. Ale, że zawitam tam jako nieoficjalny „demonstrator” systemu Saga zaskoczyło nawet mnie. No zaraz, zaraz- zapytacie. A nie miałeś tam jechać jako uczestnik oblężenia chocimskiego, organizowanego przez Jarka z KGH? Przecież bez pomocy rotmistrza Tęgowoja, prawie pierwszej szabli w koronie, to udać się nie może! Też byłem pełen obaw, ale uspokoił mnie Jarek zapewniając, iż rotmistrz, choć jest tylko małą 15mm figurką, sam da sobie radę i zadanie wypełni, bo na nim przecież polegać można jak na Zawiszy. (Zapewne go znacie. Taki niewysoki, z Grabowa. Typowy Sulimczyk.) To mnie uspokoiło i zdecydowałem się poprowadzić mały pokaz sagi. Oczywiście nie sam, bo pomagali mi w tym Bartek i Michał, dzielnie dzieląc swój czas pomiędzy obowiązki i grę. Właściwie to nie bardzo miałem możliwość niezdecydowania się gdyż, Komtur Herman, gdy tylko zwiedział się o takiej możliwości, tak zaczął rozrabiać i takie tumulty wśród modeli wszczynać, że nie miałem wyjścia. Swoją drogą niezłą musiał nasz krzyżak, zbudować siatkę informatorów, skoro się o tym wydarzeniu dowiedział. W skrzynce na figurki nie ma wszak dostępu do internetu. Muszę go bardziej pilnować na przyszłość. No ale wróćmy do opowieści. Pomysł by rozłożyć się na Polach Chwały z Sagą zrodził się samoistnie. Ot zwykły przypadek. Zapytałem czy ktoś będzie tam z tym systemem. Okazało się, że nie. A, że chęć na takie spotkanie wyrazili wspomniani Bartek i Michał, a ja i tak jechałem tam na Ogniem i Mieczem, to sprawa stała się prosta. Decyzja była tak spontaniczna, że nawet nie zdążyliśmy poinformować organizatorów o naszych planach. Będąc już wcześniej uczestnikiem tej imprezy, wiedziałem, że bez problemu, uda nam się znaleźć kawałek blatu i miejsca by rozłożyć się ze swoim stanowiskiem, czy też w tym przypadku, sagowiskiem. Tak też się stało i znaleźliśmy miejsce przy boku wystawy Boltera, w pomieszczeniu gdzie był rozgrywany turniej w „Togo Heihachiro”. O tym systemie słów kilka jeszcze napiszę.

saga

Gra była luźna i wesoła. I choć Herman von Oppen wciąż robił mi wyrzuty, iż za lekce sobie ważę tę bitwę, to do końca stylu nie zmieniliśmy. Właściwie to bardziej prezentowaliśmy system, niż graliśmy.  Bowiem stół pełen terenów 3d i rozpoznawalne figurki zakonne, działały jak magnes na ludzi z zewnątrz i ze środowiska graczy.  Muszę tu podziękować Bartkowi, że dzielnie znosił moje wielominutowe dyskusje i prezentacje. Ba! Znosił. Brał czynny udział i niejednokrotnie to na jego barkach spoczywał ciężar tłumaczeń i zachęcań.
No ale jak gra, to ktoś musi wygrać. Herman jak to na krzyżaka przystało, nie chciał słyszeć o żadnej skomplikowanej taktyce, tylko pognał z jazdą do szarży ile kopyta dały. Na nic zdały się moje prośby i tłumaczenia, iż to nie najlepsza taktyka na jomswikińskie hordy, i że potrzeba tu trochę subtelności i wyrachowania, a nie tylko „wyżynać pogan” i do przodu. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Po pierwszych sukcesach krzyżaków, jomswikingowie otrząsnęli się, zwarli szeregi i spuścili porządne lanie panom w płaszczach. Herman do dziś ma gębę obitą jak po weselu w remizie. Ale jak go znam, pewnie go to nic nie nauczy.
Po tej rozgrywce, zostawiłem stojny w tereny stół, by cieszył oko i nadal budził zainteresowanie Sagą wśród gawiedzi i ruszyłem na obchód po bitewniakowych salonach.

W piwnicach zamkowych znów, w najlepsze trwał turniej Ogniem i Mieczem. Piszę: znów, bo w ostatnim roku turnieju się nie odbył. Spowodowane to było przesiadką na drugą edycję tego systemu. Cóż to był za widok! Stół za stołem zastawiony gotowymi do walki chorągwiami, regimentami, oddziałami. Aż łza się w oku zakręciła i trochę mi się żal zrobiło, iż nie zdążyłem uszykować swoich wojsk pod druga edycję. No ale co się odwlecze……

oim

oim

oim

 Opuściwszy zamkowe piwnice, trafiłem do pomieszczeń w których dominowała II w światowa. Tam ogromna makieta, pełna figurek walczących żołnierzy spowodowała całkowity i bezdyskusyjny opad mojej żuchwy. Gdy już się pozbierałem, na moje nieszczęście, odwróciłem się, a tam wielka bitwa w system „Lasalle”. I znów żuchwa zahaczyła mi o nogawki. Zawsze, gdy widzę taki rozmach i ten ogrom pracy włożony w realizację takiego projektu, nachodzą mnie myśli o tym, iż powinienem się zająć czymś innym. Np. hodowlą indyków lub zbieraniem stonki, a nie dłubać te swoje półziemianki. Muszę tu przyznać, że „Lasalle” zrobił na mnie duże wrażenie i w najbliższym czasie na pewno przyjrzę się mu bliżej.

iiww

iiww

iiww

Lasalle

Lasalle

Lasalle

 
Pożegnawszy tę salę, wróciłem do pokoju okupowanego przez Boltera, gdzie obok jego stoiska trwały turniejowe walki morskie w system „Togo Heihachiro”. Polski system, mała skala, bitwy morskie, podręcznik w polskiej i angielskiej wersji językowej…czego chcieć więcej. Ciekawy, bazujący na pewnej bezwładności system rozkazów, oraz zachowanie inercji w ruchu okrętów znacząco podniosły poziom mojego zainteresowania tym systemem. Po długiej i miłej rozmowie z twórcą tej gry Maciejem Molczykiem postanowiłem zakupić starter dla dwóch osób, z myślą o naszym klubie gier Alchemia. Na nieszczęście już się skończyły na stoisku i będę musiał dokonać tego internetowo. 

togo

Togo Heihachiro


Obchodząc się smakiem, poganiany przez zapadający zmierzch i rodzinę wpadłem jeszcze z krótką towarzyską wizytą do stoiska Wargamera, gdzie uciąłem sobie miłą pogawędkę z „Sosną” na temat drugiej edycji Ogniem i Mieczem.

sosna

 W pomieszczeniu tym, natknąłem się na kolejny polski system bitewny osadzony w realiach początków II wojny światowej: „Wrzesień 1939”. Słyszałem o tym systemie wiele  dobrego i trochę złego, Ocho! Pomyślałem. Skoro budzi takie skrajne emocje to może warto mu się przyjrzeć. Co też zrobiłem, a w czym ochoczo dopomógł mi Tomasz Kowalczyk. Ojciec tego projektu. Jeśli miałbym porównać „Wrzesień 1939” do innego systemu wojennego, to od razu przychodzi na myśl „Battlegroup”. Od dłuższego czasu szukałem wojennego systemu, Zakupiłem nawet jakiś czas temu brytyjskich „spadaków” do Bolta wraz z kościami i podręcznikami, ale jakoś chyba jeszcze do tego nie dojrzałem. Za to „ Wrzesień 1939” ujął mnie na tyle, że od razu zakupiłem podręczniki. A teraz czekam na figurki. Ponieważ to już robi się materiał na osobnego posta, którego zamierzam napisać już wkrótce, pozwolisz czytelniku, że tutaj zakończę opis tego systemu. 
wrzesień

I tak skończyły się moje figurkowe hece na niepołomickim zamku. No nie tak zupełnie, bo jeszcze został Jarek i jego oblężenie. Ale do tego przejdę na sam koniec. Teraz jeszcze rozsypię słów kilka o niebitewniakowej części imprezy. Jak zwykle było barwnie, głośno i multiperiodycznie. Co tworzy niezapomniany klimat tej imprezy. W krótkich przerwach pomiędzy grami i prezentacjami udało mi się „postrzelać” z mg42, obejrzeć moją córeczkę w coraz to nowej sukni z epoki. A to dzięki miejscowej wypożyczalni strojów i cierpliwości oraz pomocy jej właścicieli. Obejrzeć ciekawą i baaardzo głośną inscenizację likwidacji gniazda wyżej wspomnianego mg42. Spotkać Rzymian, Gotów, powstańców, żołnierzy różnej narodowości i okresów, których i sam Herman von Oppen, komtur elbląski, by nawet nie zliczył. Nie zliczył by również, kogo jeszcze udało mi się tam spotkać. A to dlatego, że wtedy, wciąż jeszcze nie odzyskał przytomności po ostatnich rycerskich bęckach. Leżał grzecznie w skrzyneczce na figurki i majaczył coś o jomswikińskich psach.

park

cp

 
Po tych wszystkich przygodach, nadszedł najwyższy czas, aby zobaczyć, co słychać u Jarka i jak rotmistrz Tęgowoj znosi trudy oblężenia. Stół na którym toczyła się ta bitwa, robił ogromne wrażenie.

Jarek

oim

Ogniem i Mieczem

Jak zwykle liczba modeli oraz przygotowane tereny powalały i sprawiały, że modelarska dusza uśmiechała się od ucha do ucha. Więcej o tym przeczytać można na blogu Klubu Gier Historycznych, do którego link znajdziesz po prawej stronie bloga.
Ale zanim tam umkniesz, przeczytaj proszę, jeszcze te parę zdań, które tu zapisałem. Kończy się, bowiem moja opowieść o tej imprezie. I podsumowując ja w kilku słowach, mogę powiedzieć, że było świetnie, tłusto i wesoło. Najważniejszym jednak jawi mi się powrót turnieju Ogniem i Mieczem oraz dalszy rozwój tego wspaniałego systemu.
Bo o balu na zamkowym dziedzińcu, niespodziewanej butelce trójniaka i nocnym hotelowym graniu w „Neuroshimę”, wspominać mi, nijak nie wypada.

Hmm? I jak teraz to zakończyć? Spróbujmy może parafrazując słowa pieśni Jacka Kaczmarskiego:

Hej kto szlachta!
Za Kmicicem!
Hajda na Niepołomice!

Tamtaradej- dodał poobijany komtur.

środa, 20 września 2023

Herman co Prusom się nie kłaniał.

 



Ogromniem rad z Twej wizyty czytelniku i cieszę się wielce, żeś nie bacząc na trudy i wszechobecny pośpiech, znalazł trochę czasu i zaszedł do mojego skromnego skryptorium. Rozsiądź się wygodnie i czytaj do woli, a gdy przeczytasz daj znać czy to, coś przed chwilą widział, było interesujące i czy kierunek którym obrał w tym poście, jest ciekawym i pożądanym. Będzie to bowiem post trochę inny od reszty, gdyż nie znajdziesz tu opisu modelarskich wyczynów ani sagowych perypetii. Będzie to post trochę w stylu: „a teraz coś z zupełnie z innej beczki”.

Od dłuższego czasu już opisuję, głównie na facebooku, przygody dowódcy mojej krzyżackiej armii czyli elbląskiego komtura Hermana von Oppena. Przedstawiając go w krzywym antropomorficznym zwierciadle moich postów, rysuję go jako bezkompromisowego dowódcę moich sił zakonnych często wspomaganych pomocniczymi armiami krzyżowymi. Nadane mu w celach uatrakcyjnienia i ubarwienia moich opisów cechy charakteru to tylko moja licencja poetica i zapewne sporo mijają się z prawdą. Ale czy na pewno? Spróbowałem to ustalić.  A, że nie jestem historykiem i mój warsztat w tym zakresie jest dosyć skromny to było to zadanie dosyć karkołomne. Czy się udało? Na to pytanie musisz odpowiedzieć drogi czytelniku, sam.

Herman von Oppen
Komtur Herman von Oppen szarżujący na fotografa.

Na początku opowiem dlaczego w ogóle pan Herman. Trochę przez przypadek, a trochę z rozmysłu. Gdy wciągnąłem się w system Saga od razu wybrałem Krzyżaków jako swoją główną armię. Dzieje tego zakonu interesują mnie i rozgrzewają moją wyobraźnie od dawien dawna, więc nawet nie sprawdzałem czy to w ogóle grywalna armia i czy na stole sprawdza się tak samo, jak sprawdzała się w świecie realnym. Teraz nadszedł czas na dowódcę. Ponieważ  Saga to gra z luźnym podejściem do historyczności pozwoliłem sobie na pewne nieścisłości w doborze mojej kadry. Zresztą gra nie wymaga od nas poszukiwania postaci rzeczywistych i odszukiwania ich w zakamarkach historii. To moja chęć nadania jej głębszego wymiaru popchnęła mnie do tego zadania.  Przyjemnie mi grać wiedząc iż figurki na stole to swoiste avatary realnych postaci z przeszłości. Tak więc szukałem kogoś z okresu końca XIII lub początku XIVw. bo wtedy zakon w Prusach był już potężnym państwem, a jako że tereny Warmii i Mazur są bardzo bliskie mojemu sercu to nie chciałem odtwarzać armii krzyżackiej z okresu walk w ziemi świętej. I tu pojawił się Elbląg ze swoim komturstwem. W tamtych czasach był to bardzo silny ośrodek zakonny w którym przebywało nawet do czterdziestu dwóch braci, gdy w innych konwentach zazwyczaj ich liczba nie przekraczała dwunastu. Teraz pozostało sprawdzić tylko kto był komturem elbląskim w tym okresie i sprawa załatwiona. Niby takie proste ale gdybym w swoich poszukiwaniach nie natrafił na Studium prozopograficzne Norberta Delestowicza: „Bracia zakonu krzyżackiego w Prusach (1310-1351)” nie była by to dla mnie sprawa taka łatwa jak mogła się wydawać. Na szczęście udało mi się nabyć tę pozycję i znalazłem w niej większość odpowiedzi na moje pytania. Na resztę natrafiłem podczas lektury : „Dzieje zakonu krzyżackiego w Prusach: Mariana Biskupa i Gerarda Labudy oraz w pozycji „Wojny Polski z zakonem krzyżackim 1308-1521” Mariana Biskupa no i oczywiście internetu.

zamek wysoki elbląg
Makieta elbląskiego zamku wysokiego.
http://www.znaczki-turystyczne.pl/znaczkowe-miejsca-turystyczne/elblag-stare-miasto-c683

Stare miasto Elbląg
Makieta starego miasta w Elblągu.
http://www.znaczki-turystyczne.pl/znaczkowe-miejsca-turystyczne/elblag-stare-miasto-c683

Sprawdźmy zatem jak to drzewiej z panem Komturem bywało. W pozycji pana Norberta Delestowicza na stronie 220 znajdziemy krótki opis naszego bohatera, który pozwolę sobie tutaj zacytować:

„Herman von Oppen (Herman, Hermannus, Herman Sachsze, Hermanus Saxo, Herman von Oppin). Po raz pierwszy brat ten jest wzmiankowany jako wicekomtur Elbląga od 24 czerwca 1314 do 28 sierpnia 1320 roku. W tym czasie w źródłach występuje jako Herman Saxo. Jest najpewniej tożsamy z Hermanem von Oppen, który sprawował funkcję komtura elbląskiego od 8 listopada 1320 roku aż do swojej śmierci 27 września 1331 roku, kiedy to poległ w bitwie pod Płowcami. Ponadto od 14 lutego 1327 roku do swojej śmierci pełnił jednocześnie urząd wielkiego szpitalnika.
Ustalenie nazwiska Hermana sprawiło w historiografii trochę problemów. J. Voigt nazwał wspomnianego brata Hermanem von Oettingen. Tym tropem podążył również  G. A. von M
ülversted. Herman sam siebie nazywa w wystawianych dokumentach tylko z imienia. Podobnie zapisany jest w Kronice Piotra z Dusburga i Kronice oliwskiej oraz u Dułgosza. Natomiast u Mikołaja z Jeroschina występuje jako Herman von Oppin. Podobnie nazywa go Wigand z Marburga, dopowiadając, że był nacione Saxo.
W wyniku badań, przeprowadzonych przez. Scholza zostało ustalone, że Herman pochodził z rycerskiej rodziny von Oppen (badacz używał formy von Oppin) osiadłej niedaleko miasta Bad Belzig. Część rodziny wyemigrowała do Prus, gdzie są poświadczeni od XIV wieku. W pruskiej prowincji zakonu jest obecny w I połowie XIV wieku również Otto von Oppen, który nie zrobił już takiej kariery  jak jego krewniak.”

komtur
Komtur powraca zadowolony po udanej szarży na fotografa

O ile, jak pisze pan Norbert, ustalenie nazwiska Hermana przysporzyło historiografom trochę problemów, to mnie prawie sparaliżowało, ponieważ mrowie jego nazw wpływało bardzo destrukcyjnie na moje poszukiwania, a brak naukowo-historiograficznego warsztatu doskwierał jak nigdy dotąd. I dopiero to jedno zdanie traktujące o tym jak nazywał Hermana J. Voigt, poukładało mi większość puzli. W wielu pozycjach nasz bohater występuje bowiem jako  „von Oettingen”. Sam pan Marian Biskup szeroko rozpisuje się o działalności Hermana nazywając go właśnie w ten sposób.
No to mam cię bratku, pomyślałem i z zapałem zabrałem się do dalszych poszukiwań jego poczynań.  
Mniemam, iż Herman już jako człek młody musiał zdradzać predyspozycje do piastowania ważnych urzędów, co zaowocowało powierzeniem mu wicekomturstwa elbląskiego. Jednak jego kariera nabrała pełnego blasku dopiero po mianowaniu go na pierwszego po wielkim mistrzu, a drugiego po Bogu, w okręgu elbląskim. Jako komtur pełnił on w swoim okręgu władzę administracyjną, sądowniczą i skarbową. Pełnie władzy jednak osiągnął dopiero przybierając tytuł wielkiego szpitalnika. Nie będę się tu rozpisywał ile i jakich szpitali, miał pod sobą nasz Hermannus bo nie to jest miarą jego ważności w państwie zakonnym. Chodzi o coś zupełnie innego. Tytuł wielkiego szpitalnika, który nierozerwalnie był połączony z tytułem komtura elbląskiego, wraz w takimi szarżami jak: wielki komtur, wielki marszałek, wielki szatny, wielki skarbnik tworzył tzw. radę dostojników. Rady te, zaczęły się tworzyć mniej więcej od czasu przeniesienia stolicy zakonu do Malborka, a ich główną funkcją było doradzanie ale też ograniczanie pochopnych działań i decyzji wielkiego mistrza. Tak więc jednym susem ze zwykłego komtura, stał się jedną z ważniejszych osób w państwie zakonnym.

schemat
Schemat wg K.T. Gassa i S.M. Kuczyńskiego. Źródło:S.M. Kuczyński, op. cit., s.69
https://www.historia-wyzynaelblaska.pl/czasy-krzy-ackie.html

O! Miałem ci ja nosa do tego Elbląga! Nie tylko jedna z ważniejszych komturii to i jeszcze sam komtur to rycerz jak ta lala, a nie żadna tam cienka fitka lub inne popłuczyny. Jak wieść niesie, a źródła podają, Hermanek nasz nie tylko przyłożyć potrafił ale też i o włości zadbać umiał i obronić gdy taka potrzeba się pojawiła. A pojawiła się i to za sprawą samego króla polskiego Władysława Łokietka, który to w 1330 najechawszy ziemię chełmińską podszedł z wojskiem pod Kowalewo  Pomorskie i rozpoczął oblężenie. Oblężenie to chyba za duże słowo, gdyż koroniarze nastawieni byli bardziej na wyprawę łupieżczą niż na zajmowanie twierdz i nie mieli ze sobą odpowiedniego zaplecza inżynieryjnego. Ale lepiej o tym opowie fragment książki Piotra W. Lecha pt. „Pierwsza wojna Polsko-krzyżacka 1308-1343”, który pozwolę sobie tu przytoczyć:

"...Podszedł więc Łokietek pod zamek Kowalewo (Schonsee), broniony przez komtura Hermana von Oppen. „I dziwne stąd stały się rzeczy - relacjonuje nam Wigand - Gdyż brat Herman de Oppin tameczny komandor, rodem Sas, dzielnym umysłem na Polaków uderzył, a chociaż miasteczko było liche, nigdy bramy zamknięte nie były. Gdyż Prusacy wychodzą i po nieprzyjacielsku strzałami i pociskami na Polaków i na ich obóz uderzają. Tak z sobą walczą przez cztery dni. Piątego dnia król nie bardzo zaszczytnie odszedł". Sprawa jest zagadkowa i chyba w tym miejscu można zgodzić się z J. Ptakiem, który zasugerował, że najeźdźcy zbyt usilnie nie szturmowali tego zamku, lecz grasowali po okolicy luźnymi oddziałami, przeciwko którym Herman von Oppen czynił wycieczki z twierdzy..."

Była to pierwsza konfrontacja Herman vs Władysław i trzeba przyznać, że Krzyżacy byli tu górą, a Herman sprawił, że król odszedł niepyszny i zmartwiony.  Rok później w 1331 roku, podczas kampanii wrześniowej, mającej na celu trwałe oderwanie Kujaw od korony (swoją drogą jakby Niemcy sobie nie zrobili jakiejś kampanii wrześniowej to by byli chorzy)  jak miało się okazać, doszło pomiędzy panami do drugiej konfrontacji. Tym razem to król polski sprawił, że Herman odszedł, może nie niezaszczytnie, za to do wieczności. Tak kończy się jego kariera zakonna i schodzi z kart historii prosto do mojej skrzyneczki na figurki, gdzie sroży się i twardą ręka zawiaduje wojskiem krzyżowym i załogą zakonną.

bitwa
Straszna jest ostateczność śmierci. Jeszcze chwilę temu Herman był wysoki,
 a teraz jest już tylko długi.
Władysław Łokietek po bitwie pod Płowcami- Juliusz Kossak (ilustracja z Albumu jubileuszowego Grunwald , Warszawa 1910).
https://histmag.org/Bitwa-pod-Plowcami-wygrana-w-przegranej-13980

Pozwól, jeszcze, drogi czytelniku, że opiszę jeszcze jedną przygodę Hermana, która to wydarzyła się kilka dni przed bitwą pod Płowcami, a w której nasz bohater miast chwałą to raczej hańbą się okrywa. Tym razem damy dojść do głosu panu Marianowi Biskupowi który w książce pt. „Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521” pisze:

„Ofiarą kilkudniowej wyprawy, z której możliwością zupełnie nie liczyło się uprzednie polskie dowództwo, padło 19 września miasteczko Szadek, a następnego dnia stołeczny Sieradz nad Wartą – miasto i gród (skąd uciekła szczupła załoga polska przerażona liczebnością wroga), które zrabowano i spalono. Ocalały tylko kościoły, w których jednak krzyżaccy zdobywcy dokonali rabunku i gwałcenia chroniących się tam kobiet. W kościele dominikanów przeor Mikołaj, uprzednio przebywający w konwencie w krzyżackim Elblągu, na próżno błagał znanego mu komtura elbląskiego Hermana von Oettingena, aby oszczędził przybytek boży. W rezultacie zginąć miało kilkaset  osób w mieście, w którego rejonie spalono  16 kościołów.”

Nie musiał długo czekać na sprawiedliwość nasz komtur, nie musiał. I dobrze mu tak, że poległ, a i on się pewnie ucieszył i wielce kontent był, gdyż śmierć rycerską znalazł, a nie przez jakieś lumbago lub inną zarazę, co to można od dziewki wszetecznej załapać, a potem człowiek…ech zaraza….dużo by pisać.

Tamtaradej!

 

niedziela, 2 kwietnia 2023

Uniwersalna chata z bali

Pewnego dnia w korespondencji znalazłem dziwny list adresowany do mnie, a pisany przez niejakiego Hermana von Oppena Komtura Elbląskiego. Nie będę tu przytaczał całości epistołu bo to nie czas, ani nie miejsce, zresztą niewiele zrozumiałem z tego gotyckiego szwargotu. Napiszę jedynie po krótce, iż rzeczony Herman stanowczo odmawia ciągłego włóczenia swojego zadka po tej dziczy, gdzie tylko puszcze, lasy i inne bory poprzeplatane z rzadka jakimiś skałami i bagnami.

Co tu rabować? Pyta w liście Herman- Co palić? Kogo nawracać? Może borsuki albo niedźwiedzie?
Koniec końców stanęło na tym, że dopóki nie będzie jakiekolwiek, choćby takiej maleńkiej, wioski do spalenia to on Herman von Oppen i podlegli mu bracia oraz sarianci  na żadne rejzy nie ruszają.

Cóż było robić. Wszak Komtur to komtur, a nie byle kiep. Tu się nie dyskutuje. No chyba, że jak pan Jurand ze Spychowa, ale to podobno nie zawsze na zdrowie wychodzi. Nie chciałem więc ryzykować, ponadto chyba nie lubię nosić włosienicy. Pozostało mi jedynie spełnić życzenie Pana Hermana. Chwile pomyślałem, pokombinowałem i zabrałem się do pracy. Poniżej zamieszczam zdjęcie efektu końcowego z opisem procesu produkcyjnego:

chata

Jako głównego materiału postanowiłem użyć łodyg nawłoci. Roślina ta to mój cichy „patent” ponieważ świetnie nadaje się do zadań modelarskich. Jest łatwa w obróbce, a jej naturalna faktura na stole prezentuje się rewelacyjnie. Nie będę tu opisywał procesu pozyskania zdrewniałych łodyg, bo są one dosłownie na każdej łące. Najlepiej je zbierać od późnej jesieni do wiosny. Ja jeszcze na wszelki wypadek susze je chwile w piekarniku by pozbyć się wszystkich pasażerów na gapę. Potem łamię je na kawałki o odpowiedniej do magazynowania długości i przechowuje z innymi modelarskimi szpargałami, często przez resztę rodziny niesłusznie określanymi mianem śmieci.

nawłoć

nawłoć


Jeśli już jesteśmy przy śmieciach, to niepotrzebne puste pudełko po herbacie posłużyło mi jako baza dla mojej chaty.  Przyciąłem je lancetem do żądanej wielkości  i pomalowałem je czarną farbą by zredukować ewentualne przebijanie kolorów.  Po wyschnięciu było gotowe do dalszej pracy.

pudełko


pudełko

Teraz za pomocą kleju montażowego oklejałem je dociętymi wcześniej łodygami nawłoci.  Najpierw przykleiłem pionowe belki, oraz obramowanie drzwi. Następnie wypełniłem powstałe miejsca poziomymi balami.

oklejanie

Pozostało jeszcze dorobić drzwi. Do tego posłużyła mi cienka balsowa deseczka, którą dociąłem lancetem do żądanego kształtu. Moim ulubionym narzędziem – tępym rylcem odcisnąłem na niej fakturę udającą deski. Zawiasy wyciąłem z brystolu, a nity zrobiłem ze „stworzonych” do tego celu połamanych włóczni rohańskich, tnąc je na cienkie plasterki niczym hegemonowi zbójcerze. Całość pokleiłem klejem cyjanowodorowym.
drzwi

drzwi

Kolejnym etapem było wykonanie ścian bocznych. Najpierw z kawałków tekturowych pudełek zbudowałem podpory do których będę przyklejał bale. Zakończyłem je wcześniej by powstał otwór między strzechą a belkami. Potem całość wykleiłem  docinając nawłoć lancetem.

sciany

Po wyklejeniu ścian bocznych rozpocząłem pracę nad konstrukcją dachu. Więźba dachowa powstała z nawłociowych bali klejonych tym samym klejem montażowym. Dla wzmocnienia pospinałem całość szpilkami krawieckimi, które dobrze stabilizują cała konstrukcję. W tym momencie nadszedł czas na umieszczenie w środku konstrukcji listu upamiętniającego przebieg prac które do tej pory zostały wykonane. Zajęła się tym moja córeczka, która dzielnie od początku pomagała mi w wykonaniu tego projektu. 
więźba

Gdy klej wysechł i całość nabrała odpowiedniej wytrzymałości, rozpoczęło się pokrywanie dachu strzechą. Do tego celu użyłem ogrodniczego, prasowanego włókna kokosowego. Utwardziłem je mieszanką rozcieńczonego wikolu i przykleiłem klejem montażowym.

kokos


Pozostało malowanie. Nawłoć pokryłem najpierw lakierobejcą, a następnie stosując technikę suchego pędzla wyciągnąłem fakturę drewna. Strzechę cieniowałem zwykłymi akrylowymi farbami malarskimi.

Całość prezentuje się następująco:

gotowa

chata z boku

Korzystając z jednego bałaganu i z resztek materiałów, na szybko, w bliźniaczy sposób powstała półziemianka. 

półziemianka


Teraz dzielny Komtur powinien być zadowolony. Może równocześnie palić i nawracać, albo nawracać i palić. Może również palić i palić albo nawracać i nawracać. Ma kombinacji bez liku. Spieszę mu o tym donieść.

Tamtaradej.




Moje boje na II Mistrzostwach Polski - system: Saga

 

II Mistrzostwa Polski w Sagę to mój trzeci turniej w ten system. Po dwóch lokalach jakie miałem okazję rozegrać, czułem, że to coś naprawdę wielkiego. Muszę przyznać, że nie pomyliłem się i były to świetne dwa dni, które spędziłem w doborowym i zacnym gronie. Organizatorzy zrobili wszystko by przychylić nam przysłowiowego nieba, a my gracze odwdzięczyliśmy im się wysoką frekwencją i świetną zabawą. Poniżej zamieszczę opis moich bitew, które dane mi było stoczyć na tych mistrzostwach. Jako, iż opisuję to z lekkim opóźnieniem, to mogą być drobne przekłamania np. w liczbie poległych itd. No, ale do brzegu- jak mawiała moja nauczycielka.


bord

Po ostatnich niepowodzeniach i zmęczeniu krzyżackim bordem, postanowiłem zagrać krzyżowcami bałtyckimi. Armia którą uszykowałem odwzorowywała wyprawę krzyżową czeskiego króla Przemysła Ottokara II z 1254-1255r, która to pozwoliła Krzyżakom  na podbój i całkowite opanowanie  Sambii. Wyprawa ta zaowocowała wzniesieniem zamku, który otrzymał nazwę Konigsberg w wersji polskiej zaś Królewiec. Na wyprawę zwerbowałem cztery punkty przybocznych, jeden punkt wojowników i jeden punkt pospólstwa. Armię uzupełniali zawsze pomocni najemni turkopole.

Przemysl



Bitwa pierwsza: Karolingowie

Scenariusz: Clash of Warlords

Byłem bardzo ciekawy tej gry i tego jak wojska Karola Wielkiego sprawią się na stole. Kilka razy wczytywałem się w zwój Karolingów ale nie potrafiłem dostrzec drzemiącej w nim siły. Niby wszystko powinno grać, ale gdy przypatrzymy mu się bliżej, to już tak różowo nie jest. Nie ukrywam, iż mocno obawiałem się tej bitwy gdyż zupełnie nie miałem pojęcia jak zagra przeciwnik.

W tej potyczce byłem obrońcą więc wystawianie rozpoczął oponent. Po krótkich szachach terenowych i jednostkowych stół wyglądał następująco. Karolingowie na swojej prawej flance w lesie postawili dwunastu wojowników z łukami i banerem, obok w prawo stali: wojownicy w liczbie ośmiu, przyboczni na piechotę,  wódz, przyboczni konno, i mały oddział wojowników kryjący się w ruinach.  Ja natomiast wystawiłem się w kontrze do wrogich strzelców czyli wszystkie wrażliwe jednostki postawiłem na prawej flance, a w środku dwunastu pospolitych kuszników  i  ósemkę wojowników. Obie formacje stanęły w polu pszenicy na środku stołu. Wyglądało to tak: od mojej prawej flanki stali: piątka przybocznych, piątka przybocznych, szóstka przybocznych, a za nimi wódz. Dalej stali rzeczeni kusznicy i wojownicy. Miałem trzy kości sagi, które postawiłem na Hufcu Bożym i Błogosławionych Cichych. Gra się rozpoczęła.

karolingowie


Przeciwnik wykonał kilka kosmetycznych ruchów wojownikami w tym ukrył mały oddział w ruinach i podjechał konnymi na odległość L od moich przybocznych szykując się do szarży. Ja wykorzystałem swoją reakcję i podsunąłem swoich na odległość M  od owych konnych. Postanowiłem tym ruchem przejąć inicjatywę, poza tym to bardzo nie lubię mieć silnego oddziału obcej jazdy na flance. Potem nastąpiły salwy łuczników ale nie przyniosły żądanych rezultatów. Rozpoczęła się moja tura. Korzystając z tego iż udało mi się podejść do kawalerii na odległość szarży ustawiłem swój bord pod tą jedną akcje. Sąd Boży ,Jerycho, Waleczni na chorągwi (6) i przerzut kości obron. I bum! Po szarży pozostał tylko jeden konny przeciwnika, a ja straciłem chyba dwóch swoich. Reszta mojej armii wykorzystała podejścia/manewry by lepiej ustawić się na polu boju. W turze Karolingów oponent gradem strzał przerzedzał moich kuszników oraz zredukował mój wysunięty po szarży oddział przybocznych  do dwóch. Oczywiście zwieranie szeregów jak i opieka sił niebieskich czuwających nad swoją armią krzyżową dały mi przetrwać te srogie terminy. 

karolingowie

Na mojej lewej flance sprawy nie wyglądały tak różowo. Oddział wojowników mocno zbliżył się do moich kusz i przygotował się go szarży w następnej turze. Teraz przyszła moja kolej. Miałem dwa priorytety: ratować kusze i zająć się oddziałem karolińskich przybocznych. Kości sagi starczyło tylko na jedno. Jako że znam swoich kuszników wszystko postawiłem na anihilację wrażej siły przeciwnika. Padło tu na jego oddział przybocznych. To starcie potoczyło się podobnie do poprzedniego z tym że moich pozostało dwóch a wróg poległ. Udało mi się jeszcze wycofać pokiereszowana dwójkę przybocznych. Kusznicy natomiast mogli się wycofać lub strzelić, ale zachęceni i podbudowani zwycięstwami na prawej flance postanowili to drugie. Niestety prawie bez skutku. Teraz Karolingowie doszli do głosu. Pozbawieni dwóch kluczowych oddziałów nie wydawali się już tak groźni ale biada temu komu kołaczą się takie myśli po głowie. Wódz Karolingów wyszarżował w moich zmęczonych po walce przybocznych, łucznicy zmiękczyli dzielnych kuszników po czym wściekły oddział wojowników wpadł w nich z impetem rozpędzonego parowozu. Przyboczni  przetrwali jakimś cudem skupiając się na obronie własnych tyłków. Kusznicy zaś mimo gradu strzał i ciężkiego boju nie tylko przetrwali, ale też wygrali starcie kładąc trupem znaczną część wrogiego oddziału. Po tym w sumie już nic się nie wydarzyło, poza małymi,nic nie wnoszącymi starciami i ostrzałem z jednej i drugiej strony. Próbowałem jeszcze upolować wrogiego wodza ale wymknął się z kostuchowego wora i pogalopował ile sił w kopytach. Tak zastał nas koniec.

 

Bitwa druga Książęta Wschodu

Scenariusz: The Cattle Raid

Scenariusz zupełnie nie nadający się na granie turniejowe. Mimo kilku modyfikacji wprowadzonych przez organizatora i tak pozostaje dziurawy jak stare skarpety wujka Heńka. Jeszcze przed turniejem wraz z Wojtkiem rozpracowywaliśmy schemat posunięć dający niemal pewne zwycięstwo atakującemu. Opracowaliśmy taktyki również dla obrońcy ale nie przynosiły one tak szybkiego rozwiązania jak dla atakującego. Jednym słowem scen z serii rzuć kostką-  kto więcej ten wygrał. Ja rzuciłem więcej. Właściwie to tu można by zakończyć opis ale jednak trochę się tam działo.
krowy

Po rozstawieniu krówek i terenów nadszedł czas na nasze rozstawienia. Obrońca ma w tym scenariuszu dwie szanse na wywalczenie remisu/wygranej. Defensywną:  blokowanie centralnego znacznika oraz ofensywną (tą przećwiczyliśmy tylko teoretycznie) ostry wjazd dużymi klockami kawalerii na znacznik atakującego i przejęcie inicjatywy. Mój oponent nie zrobił żadnego z nich więc w swojej turze zablokowałem, a potem sukcesywnie wyprowadziłem trzy stada za swoja krawędź stołu. Chwile krótką trwały śmiertelne zapasy na środku stołu ale nie miały one już żadnego znaczenia. No ale jednak wspomnę o wielkim wyczynie moich kuszników którzy dzielnie blokując dostępu do stada wytrzymali ostrzał łowców plemiennych oraz szarże wrogiego wodza. Co tam wytrzymali. Oni do roznieśli na mieczach tracąc przy tym kilka modeli. Po tym morale wrogich oddziałów spadło i roztrzaskało się na tysiąc kawałków. Losów bitwy nie odwróciły już straceńcze szarże Książęcych przybocznych. Bitwa była skończona. Swoją drogą jaki diabeł i co szeptał do ucha organizatorom, że zdecydowali się na ten scenariusz, nie wiedzą nawet najtężsi egzorcyści w Watykanie. Nie wie nawet niejaki Wilhelm pustelnik dzielny eremita z Koźla, ale prawda to że on nic nie wie, bo nosa poza swoją pustelnie nie wyściubia. Poza tym nam, dzielnym krucjatowym wojownikom nie wypada zastanawiać się nad sprawami, których i tak swym rozumem objąć nie zdołamy.
Ja zaś mając dwa zwycięstwa na koncie, pełen optymizmu szykowałem się do trzeciej potyczki.


Bitwa trzecia: Walijczycy
Scenariusz: The Frozen River

Scenariusz bardziej zbalansowany i dający szansę na równorzędny bój obu stronom. Walia wystawiła ośmiu wojowników konno dwa razy konnych przybocznych, jednych przybocznych na piechotę i dwa oddziały łuczników. Wojownicy na  koniach wraz z jednym oddziałem przybocznych, również konno, stanęli na mojej lewej flance, w środku w ruinach ukrył się wódz wraz z pieszymi łucznikami i przybocznymi, prawą flankę obstawiali konni przyboczni i łucznicy. Ja natomiast uszykowałem swoje wojska w następujący sposób: dziewiątka i siódemka pieszych przybocznych wraz z wodzem stanęła na mojej lewej , na prawej zaś wystawiłem ósemkę wojowników i dzielnych kuszników. Plan był taki by kusznicy wraz z wojownikami czynili niepokoje na prawej flance, opóźniając ile się da przeprawę wrogich sił. Lewa flanka miała zmienić się w niepowstrzymaną, żelazną pięść zakonną. Niestety mobilność i reakcyjność walijskiego borda psuła wszystko już od pierwszych chwil bitwy.
Czasem miałem wrażenie że gdy tylko ruszę miarką, konni przeciwnika od razu zaczynają wszczynać tumulty i uprawiać dzikie harce. Moi kusznicy to podchodzili to znów wycofywali się spoza zasięgu konnych przybocznych, by ostatecznie podejść pod sam most. Mieli tam salwą wspomaganą bordem zmieść wrogich konnych z powierzchni stołu. Niestety Walijczycy nie chcieli stać jako te tarcze i korzystając ze swojej umiejętności zaszarżowali moich przygotowujących się do salwy kuszników. Walijska konnica przegalopowała przez most i wbiła się w mój oddział. Chwilę potem gdy opadł kurz i ścichły wrzaski mordowanych dało się dostrzec trzech dzielnych kuszników i jednego konnego Walijczyka. Kusznicy wycofali się, po czym strzelili kończąc tym samym dzieło zniszczenia. Prawa flanka stała teraz dla mnie otworem.

 

kusze

Na lewej działo się dużo i szybko. Dziewiątka przybocznych raz za razem odpierała szturmy walijskiej konnicy wspierane zasięgowymi atakami oszczepników. W skutek zaciętych walk na moście poległo siedmiu z dziewięciu moich przybocznych. Strona walijska straciła tam konnych wojowników i przybocznych. W kolejnych turach mój drugi oddział przybocznych wspierany wodzem przejął kontrolę nad mostem, wyciął przybocznych wroga i przeprawił się na drugą stronę rzeki. Wrogi wódz korzystając z okazji przedarł się obok zajętych walką przybocznych i wkroczył na moja ziemie zabijając ocalałych braci zakonnych z pierwszego oddziału i przebijając oszczepem mojego wodza. Również walijscy łucznicy spróbowali swojego szczęścia i starali się przekroczyć rzekę wpław, co okazało się dla nich zgubne. Pięciu z dziewięcioosobowego oddziału odpłynęło w ciszy znajdując swój koniec w zimnych wodach bezimiennej rzeki. Chwilę później, mroźny powiew wiatru oznajmił nam koniec tej krwawej bitwy.  Po podliczeniu punktów okazało się że moich wojsk przedostało się więcej niż wojsk przeciwnika co oznaczało, że i ta bitwa była dla mnie wygrana. Tak zakończył się pierwszy dzień turniejowych zmagań.

Dzień drugi

Bitwa czwarta Normanowie
Scenariusz: Fight Around The Fire

Tym razem Normanowie postanowili stanąć na drodze mojej zmęczonej ale i zaprawionej w bojach armii. Duży zasięg normańskiego strzelania jak i konieczność częstego przyjmowania szarż spowodowały, że i tu moje dzielne hufce postanowiły walczyć pieszo. Uszykowałem swoje jednostki w następujący sposób: przyboczni stanęli w oddziałach cztero, pięcio i siedmioosobowych, kusznicy jak to kusznicy w dwunastu, ośmiu wojowników i wódz konno. Przeciwnik wystawił dwie siódemki konnych przybocznych, czterech wojowników konno z oszczepami, pospólstwo z łukami wspierane oddziałem najemnym wędrownych wojowników i wódz na koniu. Przyznam iż nie za bardzo wiedziałem co robić w tym scenariuszu i jaka taktykę przyjąć, co było moim największym błędem bo już na starcie straciłem możliwość szarży we wrogiego wodza. No ale niewiedza nie usprawiedliwia więc nie ma co płakać nad przysłowiowym rozlanym mlekiem pomyślałem i ruszyłem do boju. Byłem pierwszym graczem ale wystawiłem się dosyć defensywnie. Na prawej flance stało czterech przybocznych wspieranych ósemką wojowników, w środku główny oddział  przybocznych wspierający wodza, po lewej zaś stronie wystawiłem kusze w niedużym lesie, co okazało się błędem bo ciągle brakowało im zasięgu. Kawałek dalej stanęła piątka przybocznych.

Przyboczni


Przeciwnik zasłonił wodza najemnikami, za wodzem postawił jeden z oddziałów przybocznych. Prawą flankę wzmocnił czwórką wojowników chowających się za bagnem, na lewej zaś pojawili się łucznicy i drugi oddział przybocznych.
Rozdzieliliśmy zmęczenia i bitwa się rozpoczęła. Jak zwykle jazda na mojej prawej flance działała na mnie deprymująco i postanowiłem rozwiązać ten problem posyłając z samobójczą misją czwórkę przybocznych. Dopadli ich na jednym zmęczeniu, na szczęście konni też zaczynali bitwę ze zmęczeniem. Koniec końców udało mi się zabić trzech z siedmiu, nie tracąc przy tym nikogo. To dosyć znacząco osłabiło potencjał oddziału przeciwnika, nieszczęśliwie nie na tyle by mieć tą flankę czystą. Niestety w kolejnych turach pechowo nie wybroniłem strzał wymierzonych w dzielną czwórkę i oddział stracił połowę zbrojnych. Pozostałą dwójkę rozniosła na mieczach normańska kawaleria, którą wcześniej udało mi się trochę poszarpać. W środku stołu z początku działo się niewiele. Ot szachy zmęczeniami i ostrzał. Ja w najemników a przeciwnik w moje kusze. Po zmiękczeniu ostrzałem najemnego oddziału wroga zaszarżowałem go piątką przybocznych. Podejrzewam, że musieli dostać sporą brzęczącą sakiewkę, Ha! Co tam sakiewkę. Sakwę chyba! Bo bronili się jak lwy i to do końca bitwy. Niestety choć szarżowałem ich trzy razy dwoma oddziałami przybocznych to przetrwał jeden samotny trzymacz punktów. No ale zdjęcie zapory jaka stanowili najemnicy otworzyło mi dostęp do drugiego oddziału konnicy. Ta nie czekając na moje dalsze podboje wyruszyła z silną kontrą i nadziała się na przygotowana wcześniej pułapkę. No może pułapka to za duże słowo bo nie było to nic zaskakującego dla mojego przeciwnika, ale wyjaśnić muszę iż przewidując taki bieg wydarzeń w swojej turze najemników biłem bez żadnego wsparcia bordu by w turze przeciwnika móc godnie i bez zmęczenia przyjąć szarże rozpędzonej konnicy. Co też nastąpiło. Dużo by tu opisywać co się tam działo, więc skupmy się na rezultatach. W pierwszej potyczce zabiliśmy sobie po modelu, potem padły kolejne. Finalnie ja straciłem trzech i przeciwnik trzech. W końcu do tej walki postanowił się dołączyć sam wódz normański co okazało się dla mnie kluczowe. Zabił on kolejne dwa moje modele ale i sam oberwał zostając na dwóch zmęczeniach. Obawiając się szarży mojej siódemki przybocznych  w mojej turze uciekł. Widocznie w boju otrzymał kilka mocnych bęcków w hełm bo miast uciekać tak by być w zasięgu M od ogniska to pogalopował w stronę swojej prawej flanki chowając się za bagnem i otrzymując trzecie kluczowe zmęczenie. Alleluja! Rozniosło się  cichym szmerem po moich hufcach.

pole

Nadeszła moja ostatnia tura. Niestety mimo kolejnej szarży nie udało mi się zabić najemników. Próbowałem ukryć przed strzałem mojego ocalałego jednego przybocznego jednocześnie wystawiając go na wabia dla kawalerii z lewej flanki by nie szarżowała w mojego wodza którym podjechałem M od ogniska. Zadziałało jak miało później się okazać choć przeciwnik kilka razy głośno zastanawiał się czy czasem nie dobić mojego zacnego monarchy to finalnie wpadł w mojego przybocznego i wdeptał go w ziemię. Żal mi się zrobiło go bardzo bo dzielnie stawał samojeden i choć dwoił się i troił to uległ w końcu nawale normańskiej stali. Dodać tu muszę iż przeciwnik w swojej ostatniej turze z czterech zrobił osiem kości sagi co było dla mnie bardzo niekorzystne. Na szczęście sporo udało mi się wybronić w tym dzielnych kuszników którzy zaszarżowani przez dopakowany bordem oddział konnych zginęli prawie wszyscy. Prawie, bo ocalał dzielny wójt Braniewa niejaki Tilo Lubecke dzielnie trzymając punkt dla chwały Pana. Po tej szarży wiedziałem że wrogi wódz nie da rady już wrócić do ogniska. Normanom pozostała bowiem tylko jedna aktywacja, a wódz był na dwóch zmęczeniach. Starcie dobiegło końca. Po podliczeniu punktów okazało się iż mamy ich po równo. Więc remis.


Bitwa piąta Milites Christi
Scenariusz: Tale Of Challenges

Już trzech kronikarzy próbujących opisać przebieg tej bitwy zaginęło bez śladu, no nie całkiem bo jednego nieboraka odnaleziono z poderżniętym gardłem w lasku nieopodal kasztelu. Lękając się o ciągłość swoich tkanek napiszę przeto krótko i zwięźle.  Tragedia! Właściwie tak można by opisać tą bitwę której nie było. Po rzucie kostką okazało się że jestem pierwszym graczem. Nastąpiło wybieranie wyzwań gdzie postawiłem na obronę, przeciwnik przyjął tą samą taktykę z tym że ja dorzuciłem „pierwszą krew” która stała się przysłowiowym gwoździem do mojej trumny. Ponadto zgłupiałem jeszcze bardziej bo wystawiłem wodza na piechotę. Właściwie bitwę przegrałem już przy wystawianiu. Po pierwszej turze widząc, że nie zdążę tego zmienić,  podzieliłem się tą wiedzą z moim oponentem, który jako doświadczony gracz wiedział o tym turę wcześniej, ale taktownie milczał patrząc jak się pocę i miotam. Po tym gra przerodziła się w miłą dla mnie naukę niecnych taktyk stosowanych przez chytro lisi zakon Templariuszy. Za co bardzo dziękuje. Następnym razem postanowiłem wystawić swoich braci zakonnych NMP na tym bordzie. Ale porzućmy te dygresje i wróćmy do bitwy której nie było. Widząc co się dzieje i że przeciwnik mając wygraną w garści, zabunkrował się w rogu stołu, rzuciłem się do ataku. Niestety będąc atakującym przegrałem nawet : „pierwszą krew”, a kilkukrotne szarże mojej dziewiątki przybocznych nie dały żadnego rezultatu. No nie liczyć jednego zabitego modelu wroga. Ja zaś straciłem trzech przybocznych. Głód i mizeria chciało by się rzec za sienkiewiczowskim Kiemliczem i choć to nie te czasy, to cytat pasuje jak ulał. Ostatnia bitwa była przegrana.

Pustelnik



Turniej zakończyłem na 4 miejscu z liczbą 12 dużych punktów.  No, nie stało się to tak od razu, bo przez pomyłkę przy wpisywaniu punktów zapisano mi punkty przeciwnika o czym dowiedziałem dopiero dnia następnego. Jakież było moje zdziwienie gdy poinformowano mnie, iż z ósmego miejsca wskakuję tuż za podium. Jako dowodzący krucjatowym wojskiem wspomaganym kontyngentem zakonnej braci mogę rzec tylko jedno: non nobis, Domine, sed nomini tuo da gloriam!

Tamtaradej